Rowerowy świat

W jedeń dzień nad morze – Kołobrzeg 2016


Podobnie jak w zeszłym roku, podjąłem kolejną próbę przekroczenia bariery 300+ km. Naturalnie planowałem uderzyć w tym celu na Gdańsk, ale była niepowtarzalna okazja zdobycia Kołobrzegu i okolic, gdzie zamierzałem z moją Lepszą Połową spędzić tegoroczny urlop.

Przygotowania

Mając w pamięci zeszłoroczne zmagania, postanowiłem znaleźć kompana do wspólnego wypadu. I zupełnie przypadkowo spotkałem Mariusza, któremu przedstawiłem koncepcję całodniowej wyprawy nad morze, do stolicy środkowego Wybrzeża – w ten sposób zyskałem kompana.

Mariusz miał sporo na głowie, więc ja wziąłem się za projektowanie trasy nad morze. Trasę przygotowałem przy pomocy GPSies z uwzględnieniem propozycji Mariusza oraz podpowiedzi z Google Maps. Na marginesie, Google Maps trafnie podpowiada trasy pod rower, a także prezentuje uśredniony czas przejazdu i przewyższenia w terenie. Niemniej trochę brakuje tej usłudze do OSM. Projektując trasę, uwzględniałem też alternatywne ślady na wypadek nagłej zmiany pogody, czy kontuzji któregoś z nas.

W międzyczasie zająłem się przeglądem technicznym roweru, kontrolując stan napędu, hamulców i opon oraz niedawno wymienionego amortyzatora. Odświeżyłem akumulatorki w oświetleniach oraz w poczciwej Dakocie, którą także zabrałem na wszelki wypadek, gdyby Garmin Edge zawiódł na trasie.

Garmin Edge 810 – subiektywna opinia

Odnośnie bagaży, najważniejsze rzeczy chciałem zabrać do rowerowego plecaka, a reszta pojechała w aucie; było to wyzwanie, bo jak zapakować potrzebne rzeczy, takie jak domowy ryż z kurczakiem, batony, mus jabłkowo-bananowy oraz zapasowae akumulatorki, powerbanki ? ;)

Najważniejsze pytanie brzmiało, czy jestem na to wszystko gotowy?

No to w drogę!

Start z gnieźnieńskiego rynku został lekko opóźniony, ale przynajmniej miałem okazję zobaczyć miasto o 3 nad ranem – pusto, cicho i ciemno; nawet oświetlenie katedry było wyłączone. Przewidania pogodowe kształtowały się pozytywnie, chociaż temperatura była dość niska jak na lipcowe poranki (koło 14°C). Ruszyliśmy w stronę Zdziechowy, Mieleszyna i Kłodzina, gdzie natrafiliśmy na terenowy odcinek, miejscami mocno zarośnięty, a potem na kocie łby. W końcowej fazie trafiliśmy na sypki piach. Cóż, pierwsze koty za płoty, bo w planach takich odcinków było znacznie więcej.

Gdzieś między Margoninem a Szamocinem postanowiliśmy zrobić postój w otoczeniu wielkich wiatrowych elektrowni, które dotychczas były mi znane zza kierownicy auta. Nadmienię, że DW190 to często jedyna trasa na środkowe wybrzeże, bardzo ruchliwa w okresie wakacyjnym.

Wyjeżdżając z Szamocina mieliśmy okazję zobaczyć Dolinę Noteci i czekający na nas po jej drugiej stronie podjazd w Białośliwiu. W Notecku, na moście, będącym niegdyś granicą dwóch dawnych województw: Poznańskiego i Pilskiego, zrobiliśmy postój na zdjęcia i zjechaliśmy na parking, będący w sąsiedztwie Noteci.

I tak właśnie pożegnaliśmy się z Wielkopolską a przywitaliśmy się z północnymi regionami naszego kraju, m.in: Pojezierze Wałeckie i Dolina Gwdy, Puszcza Drawska czy Pojezierzem Drawskim.

Zboża - przepiękna złota kraina w okolicy Jastrowia

Zboża – przepiękna złota kraina w okolicy Jastrowia

Jednym słowem: sporo jezior, ogromne przestrzenie pól, lasów oraz pagórków.

Na kilka kilometrów przed Jastrowiem osiągneliśmy pierwszy cel wycieczki: zerwany most nad Gwda, położony przy drodze DW189 (Złotów – Jastrowie). Jadąc autem, zapewne byłoby go trudniej dostrzeć, nam udało się go bezproblemowo zlokalizować, ale nie było zbytnio miejsca, aby spokojnie stać z rowerami. Pierwszy na zwiedzanie mostu ruszył Mariusz, ja pilnowałem rowerów i zagłębiałem się w historię tego mostu, który został uszkodzony w 1945 przez Hitlerowców, by utrudnić przemarsz radzieckich żołnierzy, nigdy potem nie został odbudowany. Widok robi świetne wrażenie, aż dziwne, że “wisi” nietknięty przez lokalnych złomiarzy. Zadziwiające.

Kolejnym celem było opuszczone miasto radzieckie, znajdujące się niedaleko Bornego Sulinowa – Kłomino. Do opuszczonego miasta nie prowadziła żadna asfaltowa droga, a las dobrze maskował opuszczone budynki. Jedynym śladem była tablica informacyjna o Kłominie, a za nią polna droga wprowadząca w głąb lasu. Im głębiej tym gorzej – praktycznie żadnego śladu, żadnej dodatkowej informacji, w którą stronę się udać. Pozostało zaufać nawigacji, na której wyświetlał się ślad narysowany w domu.

O Kłominie można powiedzieć, że miasto pełnych historycznych zawirowań. W latach 30 ubiegłegu wieku było miejscem stacjonowania niemieckich oddziałów Służby Pracy (DAF), po wybuchu IIWŚ powstał tu obóz dla jeńców wojennych i cywilów (głównie polskich). Po przejęciu terenu przez żołnierzy radzieckich, był więzieniem dla jenców niemieckich. W okresie powojennym rozebrano 50 budynków poniemieckich, by odzyskać cegłę do budowy Pałacu Kultury w Warszawie. Po przejęciu przez Rosjan, wybudowano tu bloki, szpital, garaże, sklepy i kino. Miasto funkcjonowało tak aż do 1992 roku, po czym życie dosłownie zamarło. Od 2008 systematycznie jest wyburzane, ostały się nieliczne budynki, które przejęły osoby prywatne, czy organy użyteczności publicznej. My zwiedziliśmy z zewnątrz budynki, do środka baliśmy się wchodzić, choćby ze wzgledu na informacje o niezabezpieczonych studzienkach kanalizacyjnych.

Nie mieliśmy czasu, aby dokładniej eksplorować teren, zwłaszcza jeden z budynków przeznaczony do rozbiórki, gdzie praktycznie nic nie bylo. W domu po przeanalizowaniu informacji z tej strony, żałuję strasznie, że nie zostaliśmy dłużej.

Dalsza droga przebiegała przez Puszczę Drawską, z której słynie m.in. Borne Sulinowo. Temperatura mocno dawała się we znaki, słońce świeciło z pełną mocą, a sklepów z wodą było jak na lekarstwo. Co prawda, lasy dawały schronienie przed słońcem, ale dla odmiany utrudniały jazdę poprzez piaszczyste nieraz odcinki leśnych dróg.

Kolejny długi postój zarządziliśmy w Czaplinku, gdzie na stacji Orlen uzupełniliśmy bidony, a parę chwil później udaliśmy się nad jezioro Drawsko. Gdy Mariusz zażywał kąpieli, ja analizowalem dalszy przebieg trasy, po czym dokonałem jej korekty; doszedłem do wniosku, że do samego Kołobrzegu dojedziemy DW163. Najbardziej obawiałem się chamskich zachowań kierowców, zwłaszcza osobówek, jadących nad morze, ale na szczęscie do samego Kołobrzegu nie było poważnych incydentów; poza kilkoma było wzorowo. Przy okazji postoju podładowałem mojego Garmina o jakieś 15% zaś łańcuchy naszych rowerów zostały wyczyszczone i na nowo przesmarowane.

Przed nami był najpiękniejszy odcinek – między Czaplinkiem a Połczynem Zdrój; wprawdzie bogaty w liczne zakręty, lecz otoczony lasami i jeziorami po obu stronach wojewódzkiej drogi. Popołudniowe słońce dodawało uroku, że chciało się zostać tutaj na noc.

Jednak celem naszym był Kołobrzeg, do którego pozostało jeszcze sporo kilometrów. Powoli zmęczenie wdawało się we znaki, zwłaszcza u mojego kompana, walczącego ze skurczami; zaś u mnie tyłek i tradycyjnie mrowienie w lewej dłoni. W Białogardzie zdecydowaliy się na na uzupełnienie zapasów i wymianę akumulatorków w Dakota 20. Trasa pozostała bez zmian, czyli dalej DW163 – Karlino, Wrzosowo Dygowo …

I wreszcie pojawiła się tablica informacyjna “KOŁOBRZEG”, przy której zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i aby nie tamować ruchu, skorzystaliy z miejskich ścieżek rowerowych.

Dalej jechałem już na pamięć, bo znałem te rejony na tyle, żeby w czasie przejazdu przez centrum minimalnie zmodyfikować trasę w kierunku nadmorskiej promedady. Po konsultacji z Mariuszem, zdecydowałem poprowadzić go do pobliskiego Grzybowa, gdzie się pożegnaliśmy i sam leciałem do Dźwirzyna, gdzie od wielu godzin czekała moja ukochana.

Znów wygrałem!

Podobnie jak w zeszłym roku, znów wygrałem ze sobą, bez większych problemów przekroczyłem barierę 300+. Nie bałem się jazdy solo lecz w duecie było po prostu raźniej – mniejszy strach, dyskomfort psychiczny, większe poczucie bezpieczeństwa. Tak, myslę o kolejnej, już przyszłorocznej wyprawie nad morzem i liczę, że znajdę towarzysza/ów na tą wyprawę.

Mariusz, dzięki jeszcze raz za wspólną jazdę, to była kolejna wspólna wyprawa, której nie zapomnę do końca życia. Wiem, że nie było łatwo ze względu na podjazdy, rozmaity teren, czy skurcze, ale tym większy szacun za podjęte wyzwanie ;-).
W imieniu Mariusza, zapraszam także do jego relacji jednodniowej wyprawy nad morze, opublikowanej na bikestats.pl.
Pragnę podziękować także i mojej Dziewczynie, która nie tylko wspierała mnie w trakcie przygotowania do wyprawy ale także cierpliwie czekała za mną, na miejscu. Dziękuję :*

 

I tak zacząłem tegoroczny urlop nad morzem

Mapa

Zapis GPX jest do Waszej dyspozycji na stronie GPSies

Jak również na strava

 

Rowerowy świat
Rowerowe EDC – Marek Tyniec z Xouted.com
Rowerowy świat
Strive – nowa kampania Stravy
Rowerowy świat
Rowerowe EDC – Mikołaj Szewczyk z bloga Trzymaj Koło
  • Pawel

    Gratuluję. W tym roku razem z dziewczyną przejechaliśmy trasę ze Świnoujścia do Gdańska. Przyznam, że Twój opis trasy posłużył mi jako przewodnik. Skorzystałem także ze śladów gps, chociaż momentami zmieniałem trasę. Na jaki amortyzator się zdecydowałeś do swojego krossa ?

    • Hej,

      Dzięki serdecznie. Takzę i za feedback odnośnie trasy Swinoujscie – Gdansk – jakbyło na trasie bo pogoda niezbyt szczególnie dopisywała turystom a Wam? Jak zmienialiście trase?

      co do amortyzatora to budżetową wersję http://eurobike.pl/pl/sr-suntour/amortyzatory-przednie/raidon – jesienią napiszę recenzję.

      • Pawel

        Właśnie na całe dwa tygodnie naszych wakacji padało tylko w dniu przyjazdu i odjazdu. A jeśli chodzi o trasę to np. Hel objechaliśmy w dwie strony. Najbardziej “hardkorowa” zmiana to jezioro Łebsko od północnej strony ! :) Najpierw z rowerami przez wydmę Człopińską, a później plażą przy morzu aż do samej Łeby. Wrażenia niesamowite. Mój Kross B3 dawał radę z sakwami na piasku, lecz cieńsze opony Evado 3.0 od mojej dziewczyny już gorzej. Zamieniliśmy się rowerami i jakoś dojechaliśmy :)

        Aż nie chciałem uwierzyć w to, jak dzisiaj wszedłem na Twojego bloga i zobaczyłem, że kupiłeś Tribana, bo ja też “zastanawiam się nad szosówką” i też nad Tribanem :) Największe obawy mam właśnie o koła, bo jeśli chodzi o serwis kół to jestem kompletnie zielony…

        • A masz jakieś ślady GPS’owe? moze mi podrzucisz waszą relację, którą tutaj opublikuje.

          Co do szosy to fajna sprawa, uzupełnia rowerową aktywność o 100%. A że wybór pada na tribana to nic dziwnego – w końcu porządna rzecza za relatywnie małe pieniądze. Generalnie o koła się nie martw, zawsze będzie mozna reklamować albo nowe kupić. :)

          • Pawel

            Dopiero co zaczynamy nasze rowerowe podróże, a ja niestety do niedawna uważałem, że niepotrzebne mi są ślady GPS, statystyki itp. Ta wyprawa uświadomiła mi jak bardzo się myliłem… już pod koniec wycieczki nad morzem, żałowałem że nie mam “pamiątki” w postaci zapisu naszej trasy, bo licznik rowerowy pokazał przejechanych 850 km i zobaczyliśmy wiele pięknych miejsc, a nie wszystkie można zapamiętać…

            • Doskonale znam te uczucie, jak trudno przypomnieć sobie ścieżki, którymi kiedyś podążałem. Na szczeście mam bikeloga ale i tam częściwo trasy poszły zapomnienie.

  • Cudna trasa… Dzięki za sprzedanie kilku patentów. Przydadzą się w drodze na Gniezno, na które mam zamiar uderzyć jakoś niebawem. Ciekawe, czy przeżyję :)

    • Przeżyjesz ;-) daj znać, jak bedziesz potrzebował pomocy przy projektowaniu trasy Poznan – gniezno.

  • Pingback: Dzień Blogów 2016 - Samoloty z papieru()

%d bloggers like this: