Rowerowy świat

Szosowa Magia Tatr


Szosowa Magia Tatr. Ciężko jest opisać weekendowy wypad w polskie Tatry, gdzie wraz z kilkoma zapaleńcami objeżdżałem na szosie najbardziej znane trasy kolarskie. Opisy i zdjęcia nie oddadzą tego, co się czuło, gdy przed sobą miałem ściankę, ani tego, co było na zjazdach. Całość dopełniła przepiękna pogoda, która pozwoliła poznać wspomnianą magię.

Magia Tatr: pierwsze podejscie

Dojazd do Poronina zajął niemal pół dnia, ale zdążyliśmy zrobić rekonesans po okolicy – głównie szlakiem Tour de Pologne. To uświadomiło mi, że pierwszy weekend będzie jednym z najciekawszych i najcięższych rowerowo. Same ścianki i sztajfy oraz szybkie i niekiedy niebezpieczne zjazdy, o których nie da się zapomnieć.

Gdzie ja jestem?

Jak na laika przystało, nie znałem totalnie nazw poszczególnych odcinków trasy (poznałem je dopiero po publikacji trasy na Strava), stąd starałem się kurczowo trzymać ekipy.

Najpierw atak poszedł na Ząb od strony Bustryka, po czym szybkim zjazdem dotarliśmy do Białego Dunajca i nastąpił kulminacyjny podjazd na ściance Bukovina (między Gliczarowem Dolnym i Górnym). Było ciężko i przegrałem walkę, schodząc z szosy na chwilę, by ją podprowadzić.

Po krótkim odpoczynku i ponownym zgrupowaniu ekipy, ruszyliśmy w stronę Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie rozciągała się przepiękna panorama na Tatry i okolice. Miałem to szczęście, że wówczas powietrze było naprawdę przejrzyste, a w dodatku zachodzące słońce dodawało uroku.

Zrobiło się dość późno i zjechaliśmy do bazy, do Poronina, gdzie na miejscu czekała na nas druga część ekipy.

Pierwsze koty za płoty, kolejne 3 dni miały być ciężkie, ale po to właśnie tutaj przyjechałem.

Podsumowanie pierwszego dnia

Magia Tatry: dzień drugi – pierwsze poważne skurcze

Drugi dzień zapowiadał się na bardzo intensywny, jeszcze cięższy, ale interesujący zarówno szosowo, jak i krajobrazowo. W końcu w planach jest Słowacja.

Dzień zaczął się od niespodziewanej wczesnej pobudki; wstające słońce postanowiło zajrzeć do mnie przez okno, dzięki czemu miałem okazję na obserwację budzącej się okolicy. Co mnie zdziwiło to dość niska temperatura – było zaledwie 6*C – ale prognoza pogody przywidywała temperaturę w południe niemal 3x większą. Bądź tu mądry jak się ubrać.

Przy wspólnym śniadaniu omawialiśmy plan, padały nazwy miejscowości, podjazdów – a mimo to naprawdę nie wiedziałem gdzie jedziemy. Nie było sensu wgrywać trasy do Garmina, był za to pan Kierownik, doskonale znający bliższe i dalsze okolice wokół Tatr.

Magia tatr

Ruszyliśmy od długiego podjazdu do Bukowiny przez Stasikówkę, potem nastąpił szybki zjazd do Jurgowa. Gdy inni szaleli na zjazdach, ja częściej hamowałem.

Zdrowy rozsądek

Gdzieś tam zdrowy rozsądek mówił, że lada chwila coś wyskoczy mi przed koła i będzie po imprezie; w mojej szosie nie ma hamulców tarczowych, takich jak w 29erze, do których się przyzwyczaiłem i przy których czułem się bezpiecznie.

Ale korzyść z tego jest taka, że miałem więcej czasu na obserwację Kolegów; jak się zachowują, układają technicznie, jak rozkładają siły na podjazdach. Nie zliczę, ile tych długich podjazdów i szybkich zjazdów było, ale dla takich widoków przyrody było warto.

Tego dnia nie szło mi najlepiej, czułem zmęczenie, w głowie kłębiły się myśli typu “Po co tutaj jestem?”. Kryzys? Jak najbardziej, ale przynajmniej mogłem popatrzeć na przepiękne Tatry, zwłaszcza te z okolic polsko-słowackiej granicy.

Aho Słowacjo

Słowacja przywitała nas ciszą i … owcami, które pasły się tuż za granicą od strony Łapszanki – kolejny raz dostrzegłem zalety członkostwa w ramach Unii Europejskiej.

Chwilę później zaczął się dość kręty i niebezpieczny zjazd, w trakcie którego jeden z nas wyleciał z wirażu, lądując na miękkiej trawie – na szczęście nic poważnego mu się nie stało, poza przebitą dętką i pokiereszowaną kierą.

W okolicach Osturni czas się zatrzymał w latach 80-tych. Ludzie (większość to narodowość cygańska) nigdzie się nie spieszyli, z ulicznych głośników, wiszących na słupach, leciały prawdopodobnie wiadomości bądź komunikaty. Zupełnie inny świat – za polską miedzą – podobnie jak po czeskiej stronie. Zaczął się długi, nużący podjazd w stronę Zdżar.

Jedni urwali się mocno do przodu, drudzy jechali swoim tempem – a jeszcze inni robili zdjęcia. W sumie należałem do tej drugiej i trzeciej grupy jednocześnie.

Magia Tatr - spokojnie na Slowacji

Dookoła cisza, równiutki asfalt i praktycznie zero cywilizacji – kolarski katharis.

Co dobre szybko się skończyło, trzeba było podjąć zmagania z brutalną rzeczywistością. Zjazd do Pospady nie należał do przyjemności z uwagi na katastroficzny stan drogi, ale na szczęście był to krótki odcinek.

W Tatranskiej Javorinie zrobiliśmy pierwsze i ostatnie zakupy w słowackim sklepiku; tradycyjnie wleciało piwko, czekolada i inne tuczące rzeczy. Sporo czasu zajęło mi rozpoznanie, czy butelka wody jest niegazowana czy gazowana; wziąłem na chybił trafił i nie trafiłem.

Zakopane

Pogoda zaczęła się zmieniać, przybywało chmur, jakby gdzieś miało popadać. Jak tylko wjechaliśmy do Łysej Polany, zaczął się niezły kociołek na drodze do Zakopanego. Nie brakowało turystów, chcących iść nad Morskie Oko, a właściwie podjechać na przepełniony parking.

W Zakopanem chwila wytchnienia przed kolejnymi sztajfami – w końcu półmetek trasy za nami. Usłyszałem, że podjeżdżamy do Kościeliska i na Butorowy Wierch. Będąc jeszcze w Zakopanem doglądałem Śpiącego Rycerza z krzyżem na Giewoncie.

W zeszłym roku byłem własnie tam, pierwszy raz zdobywając Giewont. Niby przeżytek, standard januszy górskich, ale ma dla mnie wartość sentymentalną. Butorowy Wierzch zdobyłem swoim tempem, choć z pewnością koledzy musieli uzbroić się w cierpliwość.

Pierwsze dzikie skurcze

Zjazd do Nowych Bystrych miejscami był niebezpieczny, zwłaszcza na zakrętach, często niewidocznych, ukrytych za krzakami czy płotem zabudowań. Czekała jeszcze jedna ogromna hopka z Ratułowa do Zębu, na którym złapał mnie skurcz w prawej łydce i nie puścił do końca dnia.

Magia Tatr - okolice Czerwienne

Na szczęście jakoś podziałałem, a za Zębem zaczął się ostatni zjazd tego dnia. Wtedy wreszcie skończyły się moje problemy ze skurczem. Prysznic postawił mnie na nogi, udaliśmy się na porządny i tani obiad w restauracji “Polana”.

Magia Tatr - restaurcja Polana

Z czystym sumieniem polecam tę knajpę.

“To był dobry kolarski dzień, mimo zmęczenia” – pomyślałem na chwilę przed zaśnięciem.

Podsumowanie drugiego dnia

Magia Tatr: dzień trzeci

Wstałem wcześniej z nadzieją na kolejne podejście z timelapse (na wzór z majowego wypadu), ale niestety nie miałem dobrego widoku zza okna i temat odpuściłem.

Co do poranka, to zgodnie z przewidywaniami, było jeszcze gorzej – przepalenie, kamienie w girach i ogólnie brak świeżości. Ale… paradoksalnie to było dodatkową motywacją i po dłuższej chwili czułem przypływ mocy, wręcz tryskałem nim.

Przebudzenie na trasie

Tak mi się świetnie jeździło tego dnia, że co chwilę wpadały PRki na Strava na wcześniej pokonanych odcinkach, zarówno na podjazdach, jak i zjazdach. Nie bałem się prędkości, choć zdrowy rozsądek dawał o sobie znać i częściowo zwalniałem.

Cieszyłem się jazdą i nie przejmowałem tym, że jeszcze odstaję od czołówki; miałem swój rytm, swoją prędkość, stoczyłem walkę z samym sobą, a zarazem czerpałem po raz kolejny radość z widoków. W końcu zacząłem poznawać rejony, zjazdy czy podjazdy, licząc siły na zamiary.

Znajdź swój rytm

Zrobiliśmy mały postój przy kapliczce na przełęczy nad Łapszanką – znaną nam z wczorajszego wypadu na Słowację – gdzie czekaliśmy aż reszta ekipy dojedzie do nas. Było naprawdę ciepło, obawiałem się, że picia w bidonach zabraknie – na szczęście, sklepów w okolicy nie brakowało, co wieś to jakiś mały się znalazł (w przeciwieństwie do słowackiej strony).

Szybki zjazd do Jurgowa, potem lekko w dół w stronę Szaflar przez Białkę Tatrzańską, po czym zaczęła się kolejna sztajfa do Bańskiej Wyżnej – de facto ten odcinek został nazwany Drogą Papieską i jest całkiem widowiskowy. Zarówno po jednej i drugiej stronie są piękne widoki.

O dziwo nie przeżywałem kryzysów, dziadowałem w sposób wyważony. Dołączyłem do peletonu i we 4 dojechaliśmy do Ząbu, gdzie czekała na nas reszta ekipy.

Oh noł. Ścianka

Przed nami był wjazd na Butorowy Wierch od strony Nowych Bystrych, gdzie było bardzo ciężko, a w myślach znów teksty: „Nigdy więcej”, a zarazem dziękczynne “dzięki za kompaktową korbę w szosie”, które wtedy (i na wcześniejszych podjazdach) pomogły.

Magia Tatr - Butorowy WIerch zdobyty a teraz zjazd do Koscieliska

W tle Śpiący Rycerz z Giewontem na czele

W Zakopanem padła propozycja, żeby jeszcze dokręcić kilka kilometrów na Głodówkę przez Chłabówkę i Cyrhlę.

Kolejna pętla na Bukowinę

Równie dobrze można było już zrezygnować i odjechać do Poronina, jak zrobiła część ekipy wcześniej – nie ma co sie dziwić, o kontuzje niezwykle łatwo. W moim przypadku ambicja wzięła górę i w okrojonym składzie zaczęliśmy podążać drogą Oswalda Balzera w kierunku Łysej Polany.

Jedynie czego się bałem to skurczów łydek, które mogłyby zepsuć udany dzień. W nagrodę za udane ostanie kilometry Pan Kierownik zafundował nam oscypki – jak na uliczne, to smakowały wyśmienicie.

Magia Tatr - nagroda od Kierownika za wytrwalosc

Po powrocie do Poronina padła propozycja zażycia krioterapii w kolarskim stylu – polegającej na zanurzeniu nóg powyżej kolan w zimym Porońcu. Wieczorem zorganizowaliśmy dużego grilla, który z pewnością uzupełnił braki kaloryczno-tłuszczowe w naszych organizmach.

Magia Tatr - wieczorne ognisko

Podsumowanie 3.dnia

Magia Tatr: dzień ostatni – pożegnanie z Tatrami

Ostatni dzień kolarskiego pobytu w Tatrach zaczął się również od wczesnej pobudki. Śniadanie, pakowanie i ustalenie ostatnich 45 kilometrów na tatrzańskiej ziemi.

Ostatni raz w tym roku podjechaliśmy Drogą Oswalda Balzera w kierunku na Łysą Polanę i Głodówkę, wracając przez znienawidzony w pierwszym dniu Gliczarów. Tam trzeba było uważać, żeby koło w jakiś sposób nie uciekło na zjazdach.

 

I na koniec zażywając rzecznej krioterapii

Poczuj Magię Tatr na szosówce

Już po pierwszym dniu miałem dość harowania, a co dopiero w kolejnych dniach. Wielokrotnie powtarzałem, że nigdy więcej gór. Po co to wszystko, by parę godzin później pomyśleć o kolejnych górskich wyprawach. Tak to już jest z nami, chorymi na cyklozę. Cierpimy okrutnie, ale jak w powiedzeniu – „Co nas nie zabije to wzmocni”, każda wyprawa wzmacniała w nas chęć i siły na kolejne wyprawy.

To był pierwszy poważny sprawdzian jazdy na szosówce. Niejednokrotnie gościłem w polskich górach, najczęściej w Izerach czy w Karkonoszach podczas majówki na MTB. Gdy pojawiła się szosówka, to otworzyły się nowe możliwości przeżycia rowerowych tripów, głównie po górskich szlakach. Dlatego nie mogłem odmówić kolegom z “Peletonu Wrze” – szosowych maniaków z Wrześni – którzy ten wyjazd zorganizowali.

Być w okolicach, gdzie rozgrywane są górskie etapy Tour de Pologne zarówno dla zawodowców jak i amatorów? Marzenie!

Relacja ta powstała z ogromnym opóźnieniem, bo chciałem ją skorelować z filmowym podsumowaniem. Terminy – cóż – delikatnie się rozjechały, ale koniec roku to dobry moment na publikacje wpisu.

I gdy jest tak szaro i buro za oknem, często wracam do ciężkiej sztajfy, jaką zafundowali koledzy – uśmiecham się i z niecierpliwością czekam na kolejny ciepły kolarski sezon.

Tatry mają w sobie TO COŚ.

Coś magicznego. I chyba nie ma przesady w tytule “Szosowa Magia Tatr”.

Kolejne małe marzenie, a właściwie cel rowerowy tego roku został osiągnięty, nieplanowany, ale w 100% zrealizowany.

Magia Tatr - zacna ekipa z Gosciem

PeletonieWrz dzięki wielkie za zaproszenie na wspólny wyjazd. Do następnego wypadu.

Filmowa relacja

Recenzje
Rowerowy upgrade w 2016 roku
Recenzje
Sigma Lightster – recenzja lampki rowerowe
Rowerowy świat
Strajk kolejarzy Przewozów Regionalnych to pomyłka
  • Myślę już drugi rok o tym kierunku i mam nadzieję że w 2017 uda mi się wreszcie tam ruszyć . Oczywiście ja na góralu ale mam nadzieję że i tak uda mi się jakoś pokonać te górki .
    Ja bazę będę miał raczej w Szczawnicy lun jej okolicach bo przy okazji chcę też zaliczyć kolejny raz Pieniny i okolice .
    Gdybyś kiedyś był w tamtych okolicach to zalicz sobie asfaltowy podjazd na Przehybę …. zajechać się można ale jakie widoki po drodze i na szczycie :)

%d bloggers like this: