Rowerowy świat

Rowerem do Kołobrzegu – edycja 2017


Podobnie jak w latach ubiegłych, na tegoroczny nadmorski urlop pojechałem rowerem – tak, rowerem do Kołobrzegu. W przeciwieństwie do zeszłorocznej wyprawy byłem poniekąd zmuszony jechać solo, ale mając dużo większy bagaż doświadczeń, nie miałem żadnych wątpliwości. Czułem się na siłach, rozkręcony po ostatnich rowerowych tripach i w końcu chciałem wypróbować bike-fiting w praktyce.

Respekt przed naturą

Jedynie co mogło mnie powstrzymać przed samotną wyprawą nad morze w jeden dzień to załamanie pogody, które wówczas zapowiadano. Prognozy w dniu wyjazdu były tak różnorodne, że pozostało mi przygotować plan B w postaci samochodu serwisowego z odpowiednio zamontowanym bagażnikiem na dachu do przewożenia rowerów.

Natura rządzi się własnymi prawami, co udowodniła całkiem niedawno (pamiętny piątkowy wieczór 11 sierpnia 2017 roku).

Przygotowania

Będę szczery: nie było żadnych kilkudniowych przygotowań, robiłem to dosłownie na ostatnią chwilę, bo tak naprawdę koniec lipca miałem wcześniej zaplanowany. Ale mając doświadczenie z ubiegłych podobnych tripów, to dla mnie jako rowerzysty (cyklisty), który stara się jeździć po 300 – 400 km tygodniowo, przygotowania nie są żadną filozofią. Dużą pomocą okazała się lista zadań, którą przygotowałem na czerwcowy konkurs Nozbe oraz na szybko skonstruowana papierowa wersja TODO.

Jeśli ktoś chce wypróbować Nozbe.com, to zarejestrujcie się za pomocą tego reflinka.

Przegląd techniczny

Zawsze przed każdą wyprawą, małą czy dużą, należy dokonać ogólnego przeglądu roweru, a w szczególności ciśnienia i jakości opon, naciągu szprych, stanu napędu i hamulców. Łańcuch przeczyściłem, delikatnie nasmarowałem, ciśnienie wyrównałem (tak 3.5 bara na 4.5 max) i dokręciłem to, co mogło się obluzować. Nawet koszyki na bidony sprawdziłem, bo te lubią się samoistnie odkręcać.

No i oczywiście oświetlenie, poprzez naładowanie akumulatorków, zarówno do przedniej Sigmy, jak i tylnego Wall-E.

Wybór trasy – wielka moc BRouter’a

Choć miałem do wyboru ubiegłoroczną ciekawą trasę, to planowałem zdobywać nowe gminy oraz zobaczyć inne regiony, które znałem tylko zza okna auta, bądź z lekcji geografii. Jak już wspomniałem, nie miałem zbytnio czasu na siedzenie przy komputerze i dlatego z pomocą przyszedł Brouter (wersja web)genialnym dodatkiem do Androida – wkrótce napiszę o tym – pozwalający na wytyczenie tras pod rower w wersji offline.

Cała magia polega na doprecyzowaniu profilu wytyczonej trasy: szybki rower (fastbike) czy mieszane (trekking) i następnie przejrzenie proponowanej wersji np. na GPSies.com. Jeśli chodzi o mnie, to pierwsza wygenerowana wersja z poziomu Locus Map bardzo mi się spodobała z uwagi na jej unikalność; po przerzuceniu na lapka, zacząłem analizować ją Google Maps, ale po chwili dałem sobie spokój.

W końcu jadę MTB, więc jestem przygotowany na wszelkie niedogodności, ale … im mniej, tym lepiej (jakiś limit czasowy sobie narzuciłem).

Co zabrać ze sobą? Bikepacking w praktyce

Ze względu na wspomnianą prognozę pogody, trzeba było zapakować nieco więcej stuffów niż zazwyczaj, ale też nie chciałem obciążać zbytnio mojego kręgosłupa.

Do wyboru miałem zamontowanie bagażnika i jednej sakwy od Crosso, ale wybrałem inne, uniwersalne rozwiązanie w postaci torby podsiodłowej amerykańskiej firmy Topeak: Backloader 10l (zgodną z duchem bikepackingu – o tym w innym wpisie wkrótce).

topeak backloader

Kross + Topeak Backloader

Lista

Ubrania

  • 1x kamizelka
  • 1x kurtka deszczówka
  • 1x koszulka rowerowa na zmianę
  • 2x buffy
  • ręcznik turstyczny

Jedzenie + Picie

  • Kanapki (dziękuję Ci Asiu :*)
  • 3x żele energetyczne
  • 4x batony
  • 1x PowerShot
  • 1x saszetka Izotonik
  • 2x 0.7l bidon (naturalny izotonik)

Elektronika

  • smartfon S7
  • smarton SE ARC S jako awaryjny GPSlogger
  • GoPro Hero 5 black
  • powerbank (10000 + 5000 mAh) + kable mini / microUSB
  • Garmin Edge 810

Narzędzia

  • 1x dętka 29×2.2
  • multitool
  • łatki i klej do dętek
  • taśma izolacyjna (na majgajwera)
  • olej + szmatka do łańcucha
  • rękawiczki lateksowe
I tutaj mała uwaga, bo słusznie ktoś zwrócił mi uwagę na brak podręcznej, minimalistycznej apteczki, która mogła mi się przydać na trasie (o tym za chwilę). Na szczęście nie była potrzebna, ale … nie musi być tak wielka, jak ta opisana przeze mnie.

Relacja

Późną wieczorową porą można było dostrzec przechodzącą w oddali burzę (gdzieś nad Notecią), co poniekąd wprowadziło we mnie lekki niepokój przed jednodniową wyprawą nad morze. Ale intuicja podpowiadała, że to był dobry znak, bo skoro już była burza, to z pewnością nad ranem będzie dużo chłodniej i prognozy się zmienią.

Start – nad ranem

Wyruszyłem z lekkim opóźnieniem – tuż po czwartej, przed wschodem słońca, nim zaczęły dobijać jego pierwsze promienie.

Rowerem do Kołobrzegu

Jednocześnie w oddali ponownie dostrzegłem przechodzący burzowy front (wg aplikacji), który niósł sporo opadu deszczu, ale na szczęście nie było opadów na mojej drodze.

Pierwszym celem był szybki dojazd do Wągrowca, więc bez żadnego kombinowania podążałem DW190, na kórym ruch początkowo był znikomy, ale im bliżej godziny 6.00 tym coraz więcej spieszących się do pracy. W Wągrowcu wykręciłem w stronę miejsca zwanym bifurkacją wągrowiecka i tam dostrzegłem, że moja rowerowa nawigacja zastrajkowała (wyłączyła się) i od tej pory rolę rejestratora trasy przejął poczciwy Arc S z zainstalowanym Locus Map. Cóż, muszę sprawdzić co się z nią stało.

Niepokojące były chmury, jakie zawisły nade mną, mogące zwiastować deszcz – mimo że w prognozie już nie przewidywali deszczu.

Pierwszy postój – nad Notecią

Ale trzeba było jechać dalej i za Wągrowcem obrałem kierunek na Chodzież, przecinając kolejne drogi wojewódzkie wzdłuż i w poprzek. Nieopodal Margonina zauważam dość ciekawy ośrodek wypoczynkowy, ulokowany na jeziorze Margonińskim. Ominąłem Chodzież bokiem, ale tuż za Strzelcami zaczęła się szutrowa droga, której się nie spodziewałem – był to obszar zalewowy, zwany Doliną Środkowej Noteci, okalaną dość okazałymi chodzieskimi wzgórzami.

To był znak, że kończyła się płaska Wielkopolska, za chwilę przyszło mi zmierzyć się z pagórkami i wzgórzami, nierównościami pojezierza wałeckiego i zachodnio-pomorskiej krainy. Równie dobrze można było ominąć szuter, jadąc przez Chodzież i Studzieniec.

Pomiędzy Milczem a Krzewiną, na betonowym moście nad Notecią zrobiłem dłuższy postój na samopas i sprawdzenie sprzętu. Sakwa od Topeak sprawowała się bez zarzutu. Zaczął się konkretny podjazd na naturalny wał środkowej doliny Noteci (pamiątka po epoce lodowcowej, a zarazem początek z “górskimi” etapami na mojej drodze). Przy okazji, zwróciłem uwagę na informację o Mordzie na Wzgórzach Morzewskich – uzupełniłem wiedzę tuż po powrocie z urlopu.

W Kaczorach uzupełniłem paliwo i obrałem kierunek na Piłę starą drogą (jak jeszcze nie było obwodnicy). Pamiętam ją z czasów dzieciństwa, kiedy to bywałem gościem w tym regionie.

Panorama na Noteć

Panorama na Noteć

Niespodziewany poślizg w Pile

Piła przywitała mnie mżawką, a potem deszczem, który na szczęście padał lekko i umożliwiał dalszą jazdę, a w tle widać było meandrującą rzeka Gwdę.

Rowerem do KOłobrzegu

Niestety na zakręcie w centrum miasta zaliczyłem mały poślizg na cholernym przejściu dla pieszych – nie spodziewałem się, że jeszcze malują poziome znaki drogowe takową farbą.

Rowerem do KOłobrzegu

Nic poważnego się nie stało, lampka rowerowa Sigma troche poobijana, sakwa i rower nietknięty, jedynie delikatne rany na kolanie i łokciu (tutaj przydałaby się ta cholerna apteczka, ale poratowałem się nawilżaną chusteczką, wydobytą z sakw). Ucierpiała moja rowerowa duma i wiara w ludzi; mój poślizg obserwowało dwóch rowerzystów, ale żaden z nich nie zatrzymał się i nie zapytał, czy mi pomóc.

Sama Piła mnie pozytywnie zaskoczyła i zachęciła, abym ją odwiedził jeszcze raz z uwagi na piękne nadrzeczne bulwary i atrakcje turystyczne, ale rowerowa infrastruktura kuleje i nie wiedziałem, czy mam jechać drogą rowerową, czy może normalną.

Drugi postój – nad jeziorem w Wałczu

Opuszczając Piłę w stronę Szydłówca, musiałem poprawić siodełko, które przesunęło się w prawo, wprawiało mnie w dyskomfort, do tego był ogromny ruch na DW179. Pojawiła się niechęć do kręcenia przez ten poślizg w Pile. Jednak panorama za Szydłowcem rekompensowała ten chwilowy dołek. Uświadomiłem sobie, że najprawdopodobniej zdobywam najwyższy punkt wyprawy, który przypadł pomiędzy 115 a 130. kilometrem. Każdy, kto miał przyjemność podróżowania DK10 pomiędzy Wałczem a Piłą, wie, jakie mogą być górki.

Do Wałcza dotarłem już bez większych przeszkód i zrobiłem kolejną przerwę – nad jeziorem Zamkowym – którą spędziłem nad rozpoznaniem dalszej trasy oraz rozmowach telefonicznych z Narzeczoną. Nie omieszkałem spojrzeć na prognozę na najbliższe godziny, z której wynikało, że absolutnie nic nie stanie mi na drodze poza własnymi słabościami czy niespodziewaną awarią.

Wałcz opuściłem w otoczeniu budowanej od kilkunastu miesięcy obwodnicy miasta i w towarzystwie aut, jadących DW163 do samego Kołobrzegu. Pojawiła się myśl o podążeniu za nimi tą drogą (w końcu znałem ją na pamięć), ale chęć poznania nieznanych mi regionów była silniejsza i dlatego za Kłębowcem pożegnałem sto-sześć-trzy i wykręciłem po nowe gminy.

Kolejne postoje na Pomorzu – przebudzenie wmordewindu

Pogoda wyraźnie uległa poprawie, słoneczko – choć wysoko – dawało przyjemnie ciepło. Wbrew pozorom, było dużo chłodniej, wilgotniej niż w rodzinnej Wielkopolsce – panował tam skwar, ponad 30*C. Czyżbym miał nosa do dobrej pogody? Z pewnością tak by było, gdyby nie boczno-czołowy wiatr wiejący z północy bądź północno-zachodniej strony, który minimalnie psuł przyjemność z jazdy.

Tempo delikatnie spadło poniżej oczekiwań, ale dzięki temu dłużej karmiłem moje oczy przepięknym krajobrazem Pomorza, a w szczególności okolic Pojezierza Drawsko-Pomorskiego, pełnego jezior, rzek i pagórków. W międzyczasie zaliczałem postoje na uzupełnienie bidonów i cukru w postaci Coli, a także batonów – nie obyło się bez lodowego rożka.

Trafiłem też na błotniste fragmenty dróg leśnych, które potraktowałem jako przerywnik od asfaltowej nudy oraz ostoja przed wiatrem.

Mniej niż 100

W Świdwiniu zrobiłem ostatni długi postój na uzupełnienie zapasu w miejscowej Bierdronce, by potem poza miastem na Orlenie kupić zestaw kawa + Mega Hot-Dog. Podłączyłem powerbanka do Garmina, który wcześniej utrzymywał 100% naładowania w Arc S.

Jak się czułem? Wyjątkowo dobrze, choć niewątpliwie dopadało mnie zmęczenie, znudzenie trasą, co jest standardem w tego typu wyprawach. Jak sobie radziłem? Odtworzyłem sobie zapisaną w Spotify offline playlistę i do samego Kołobrzegu słuchałem elektronicznych brzmień. Pozostało naprawdę niewiele – mniej niż 80 km do celu, do tablicy z napisem “Kołobrzeg”.

Z dalszą trasą nie było żadnej filozofii, bo ten odcinek DW162 był mi dobrze znany, jako alternatywa wobec zatłoczonej nieraz DW163. W okolicach Gościna są fajne odcinki drogi rowerowej z ławkami i przy jednej z nich zrobiłem krótką sesję foto sakwy podsiodłowej (wkrótce o niej napiszę) i niespodziewanie wymieniłem bateryjki w aparatach słuchowych.

Witamy w Kołobrzegu

Po czym poznać, że zbliżałem się do Kołobrzegu? Po ilości aut, prowadzonych przez niedzielnych kierowców oraz takich, co mając SUVy, łamią każde PoRD. Ale i tacy nie zepsuli mi humoru, gdy za kołobrzeskim Zieleniewem zobaczyłem tablicę “KOŁOBRZEG”. Uwieczniłem to selfiakiem i dałem znać Dziewczynie, że jestem prawie w domu!

Rowerem do Kołobrzegu

No wreszcie dojechałem!

Prawie, bo na liczniku niecałe 270 km, co prawda do centrum był jeszcze spory kilometraż, a zakładany cel jeszcze nie został osiągnięty (ostateczna destynacja to Dźwirzyno i przekroczenie granicy 300 km+). Po drodze kolejna obwodnica miasta w budowie, ale na szczęście ścieżki rowerowe wprowadziły mnie do dobrze znanego kołobrzeskiego centrum, pełnego wczasowiczów, fanów dwóch kółek, rolek czy masy wózków.

Godzinę później byłem już na miejscu, dokręcając w stronę Rogowa upragnione 300 km+, które było jednym z tegorocznych rowerowych celów.

Podsumowując – było świetnie

Jestem pozytywnie zaskoczony tegoroczną wyprawą SOLO, było tak, jak sobie zaplanowałem. Dobra średnia, dobre tempo, dobre samopoczucie i nawet była chęć na dalsze kilometry; zmieściłem się w limicie czasowym. Owszem, były chwile słabości, w których doskwierała samotność i znudzenie, ale nie miałem żadnej wątpliwości przy podejmowaniu takiego ryzyka.

Rowerem do Kołobrzegu

Zachód Słońca widziany z mostu obok portu w Dźwirzynie

Sprzęt sprawował się bardzo dobrze, urodzinowy prezent (torba podsiodłowa zamiast plecaka) okazał się w strzałem w “10”, a inwestycja w bike-fitting powoli się zwraca, aczkolwiek ręce bolą od trzymania. Niestety zawiódł Garmin, ale to już materiał na inny wpis.

Dlaczego nie szosą?

Wśród wielu otrzymanych gratulacji, padały pytania: dlaczego nie pojechałem szosówką? Byłoby dużo prościej, łatwiej i szybciej. Rzeczywiście byłoby dużo szybciej, zważywszy na opór, jakie dawały koła (29×2.2) mtb, większość trasy była wręcz idealna na wąskie koła – pomijając polne, leśne czy dziurawe drogi (w 10%).

Ale to MTB (nie liczę gravelbajków) dało mi większą swobodę w wyborze drogi, niezależnie od jego stanu. Druga sprawa to chwilowo miałem dość szosy. It’s simple.

Jeśli macie pytania odnośnie tej trasy, bądź przygotowania na taką wyprawę, to dajcie znać w komentarzach.

Trasy

Strava

 

;

GPSies 

I niespodzianka od Relive.cc

Poprzednie edycje

  1. Gdańsk (2015)
  2. Kołobrzeg (2016)
Rowerowy świat
Sezon rowerowy 2012
Recenzje
Garmin Edge 1000 – subiektywna opinia
Poradnik
Darmowe mapy do GPS
  • Arek Na

    Hej ho! Czy Brouter jako apka zastapi Ci Locusa na andku?

    Dzieki,
    Arek

    • Hej, wkrótce odpowiem na pytanie kolejnym wpisem – zgadleś nawet temat! ;-)

      ale zeby nie trzymać Cię w niepewności: absolutnie nie zastąpi, lecz uzupełnia, sprawi ze jest dokladna :)

  • WOW. 300km! Szacun wielki, naprawdę. Mój rekord to raptem jakieś 120-130km dziennie.

%d bloggers like this: